31 lipca 2011

Szydełkowe arcydzieło – moje wybawienie, zapomnienie i wielkie odkrycie prawdy o sobie

Witam wszystkich serdecznie!

Bardzo ciężko się jest przyznać do pewnych spraw z własnego życia. Bywa ono lekkie i ulotne jak wiatr, a bywa, że jest ciężkie, pełne bólu i rozpaczy jak czarna otchłań.
W moim życiu lata Pan Bóg przeplata i raz jest bardzo lekko, a raz bardzo ciężko.
W związku z tym, że jest tak różnie nauczyłam się nie planować przyszłości i żyć tak, jak układa mi los.

Nie miałam łatwego dzieciństwa – było ono związane z alkoholem, awanturami i bójkami.
Moja mama jest cudowną kobietą, na którą mogłam i mogę zawsze liczyć. Jednak mój tata był alkoholikiem, ale nie chciał się do tego przyznać. Niszczył naszą rodzinę od środka. Awanturował się, pił i bił. Wielokrotnie z mamą uciekałyśmy z domu do sąsiadów. Dopiero, gdy byłam nastolatką trochę się zmieniło, ponieważ potrafiłam powiedzieć „nie!” i nie dać się zastraszyć.

Od małego dziecka widziałam, jak moja mama wykonuje jakąś robótkę, żeby móc normalnie funkcjonować – większość pieniędzy zarobionych przez mojego tatę było przepijanych. Ja też nauczyłam się dziergać na drutach, szydełkować i haftować. Tylko do szycia nie miałam pociągu. Teraz wiem, że musiałam do tego dojrzeć, a czas ten nastąpił po moim wyjściu za mąż.

Pewnego dnia, podczas jednej z domowych awantur, usiadłam u siebie w pokoju, wzięłam do ręki kordonek oraz szydełko i zaczęłam tworzyć.

Wówczas stał się cud – wyłączyłam słuch, myślenie i całkowicie oddałam się temu, co robię. Niesamowite! Znalazłam lekarstwo na całe ówczesne zło! Odkryłam, iż mogę odizolować siebie od całego świata zewnętrznego i zatracić się w tworzeniu cudownych i niepowtarzalnych rzeczy.
Tym sposobem nauczyłam się żyć obok tego, co dzieje się dookoła i nie zwracać na to zbytecznej uwagi.

Powstała wtedy przepiękna serweta, którą mam do dziś. Poniżej efekt mojej pracy.